Nie jest sztuką być najlepszym!

Podziel się

Jarosława Skrzyczyńskiego odwiedzam w Krzepielowie, gdzie od 2012 roku znajduje się jego ośrodek sportowy. Rozmawiamy o drodze do sukcesu, która w jeździectwie ma swój własny tor, i dosyć często rozpoczyna się, wraz z nowym koniem – od nowa. Reprezentant KJ Agro-Handel Śrem, czterokrotny Mistrz Polski Seniorów w skokach przez przeszkody jest żywym dowodem na to, że na szczyt można wrócić, i to niejednokrotnie. Rozmawiamy też o obecnej stawce koni, przyszłości Chacclany, o stajni w Krzepielowie, niezależności jeździeckiej, początkach kariery sportowej synów: Patryka i Filipa, a także o tym, jak bardzo rzetelna praca liczy się w jeździectwie.

Rozmawia: Karina Czechowicz

2018 i 2019 to dwa wspaniałe lata pełne sukcesów, głównie na klaczy Chacclana. Rywalizacja w zagranicznych zawodach cztero- i pięciogwiazdkowych, wygrana w 14 konkursach zaliczanych do LR, w tym w Grand Prix CAVALIADA Warszawa i Poznań, wielki skok w rankingu Longines na 51. miejsce i upragniony awans do finału Pucharu Świata, w którym zajął Pan 11. miejsce. Był to najlepszy wynik w historii tej imprezy nie tylko Polaka, ale i jeźdźca Ligi Europy Centralnej. Niestety, po tym występie przerwał Pan starty na Chacclanie. Czy jest szansa, że zobaczymy ją ponownie na parkurach?

Jarosław Skrzyczyński: Chacclana (Chacco-Blue x Ramilana/Capilano) ma jeszcze kontuzje, ale jest u nas w stajni i odpoczywa, chodzi codziennie na padoki. Chciałbym dać jej jeszcze czas na odpoczynek do końca roku. Mam nadzieję, że na wiosnę w pełni z tego wyjdzie i będziemy mogli wrócić do treningów. Ostatnio pobieraliśmy embriony, które są już pomrożone, a na wiosnę będziemy umieszczać zarodki w surogatce. Na ojca wybraliśmy Emeralda (Diamant De Semilly x Carthina Z/Carthago Z). Chacclana to wspaniała klacz, swego momentu jedna z najlepszych na świecie, więc cieszę się, że będziemy mogli mieć po niej źrebaki.

Czy po wspomnianym już paśmie sukcesów, kiedy Chacclana złapała kontuzję i pewne plany musiały zostać odłożone, było Panu ciężko pogodzić się z tą sytuacją?

J.S.: Oczywiście, na początku było trudno, ale taki jest sport. Wielokrotnie byłem na szczycie, a potem spadałem w dół. Sztuką nie jest być najlepszym. Często decyduje o tym jeden koń. Gdy coś się stanie, na przykład koń ma kontuzję, zawodnik wypada z wysokiego sportu, a czasem w ogóle ze sportu i znika. Sztuką jest po takiej sytuacji wrócić na szczyt – to najtrudniejsza rzecz w jeździectwie. Najgorzej jest dryfować – siąść i płakać, że coś się nie udało. Trzeba wziąć się do roboty, mieć dużo samozaparcia i chęci walki. Zawsze warto mieć kilka planów awaryjnych i pomysłów na siebie. To wszystko nie jest takie trudne, jeśli wiesz, czego chcesz. Dla mnie powrót na szczyt to kwestia czasu. Już jestem zadowolony z tego, co wypracowałem. Mam trzy konie na konkursy 150 cm, a oprócz Wojciecha Wojciańca czy Andrzeja Opłatka mało który polski zawodnik tak ma. Jest tak dzięki temu, że nie siedziałem z założonymi rękami i po kontuzji Chacclany wziąłem w trening dużo różnych koni, skupiając się na pracy z nimi. Efekty widać na parkurach.

Zawsze żyliśmy wielkimi imprezami typu Mistrzostwa Europy, Świata, Puchar Świata. Kibice z utęsknieniem czekali na to, by dopingować jeźdźców z Polski. W tym roku jednak wszystkie te wydarzenia zostały odwołane. Czy dla Pana jako sportowca, ciężko było przestawić swoje ambitne cele i plany? Czy właśnie ten czas wykorzystał Pan np. na trening młodych koni?

J.S.: To sytuacja, która dotknęła wszystkich na całym świecie. Jeźdźcy z Polski nie mają aż takich możliwości, jak Ci na zachodzie i nie mieliby czego szukać na dużych parkurach. Nie mamy ani koni, ani materiału, z którego można by ulepić zespół i drużynę na największe imprezy mistrzowskie. Ja i tak nie myślałem o dużych zawodach. Zająłem się w większości młodymi końmi i robieniem stawki na przyszły rok. Był to dobry czas na naukę dla młodych koni, a trochę gorszy dla starszych, którym lata uciekają szybko. Dobrze, żeby ta sytuacja się już skończyła i żebyśmy mogli od wiosny normalnie funkcjonować.

Ma Pan teraz trzy konie na konkursy zaliczane do Longines Ranking: znany wszystkim Jerico, Chacco Amicor i ostatnio Olimpic Star. Najdłużej pracuje Pan z najstarszym z trzech wymienionych koni Jerico. Wspólnie wygraliście 8 konkursów LR.

J.S.: Jerico (Wieland x Jennifer/Ever for Pleasure) ma 12 lat i tak naprawdę dopiero w tym roku pokazał, co potrafi. Obecnie jeździ mi się na nim bardzo dobrze. Chyba się w końcu zrozumieliśmy (śmiech). Każdy koń jest inny, każdy przychodzi do mnie z innym doświadczeniem lub z jego zupełnym brakiem. Nigdy nie jest tak, że wsiadam na konia i od razu jedziemy Grand Prix na zero, no chyba że jest to jakiś wybitny i świetnie przygotowany wierzchowiec. Jerico taki nie był. Nie miał doświadczenia w dużych konkursach. Potrzebowaliśmy trzech lat pracy, żeby zaczął chodzić równo na wysokim poziomie. Teraz w większości konkursów plasuje się w pierwszej trójce.

Od stycznia zaczął Pan starty na koniu Chacco Amicor. Już na CAVALIADZIE w Krakowie zajęliście czwarte miejsce w CSI2*-W Grand Prix. Jakie nadzieje wiąże Pan z tym koniem?

J.S.: Chacco Amicor (Chacco-Blue x Quickcent/Cento) – zanim do mnie przyszedł – miał już doświadczenie w dużych parkurach, aczkolwiek był nauczony innej jazdy. Każdy zawodnik ma swój styl, więc pracowaliśmy nad tym, by się do siebie dopasować. Ostatnio zaczął już chodzić regularnie wysokie konkursy na zero, więc wygląda to coraz lepiej. Jeśli Mistrzostwa Europy nie zostaną odwołane, to bardzo chciałbym w nich wystartować właśnie z Chacco Amicorem. Od stycznia pracuję również z 9-letnim ogierem Olimpic Star (Olympic Fire x Landra/Levisto), który był doprowadzony do poziomu dużej rundy. Ma potencjał i pokazuje, że może skakać wysokie przeszkody, ale potrzebujemy jeszcze czasu, żeby się w 100% dogadać. Oprócz tych trzech koni mam też czwartego, którego zaczynam wdrażać w duże konkursy – jest to 10-letni Zarin 44 (Cardenio 2 x F-Zarina/Silbersee), którego jestem współwłaścicielem.

Równie obiecująco wygląda stawka młodszych, 6- i 7-letnich koni, na których Pan startuje. Które z nich zrobiły największy progres na przestrzeni ostatniego roku?

J.S.: Tak naprawdę mamy konie w każdym wieku, od surowych roczniaków czy trochę podjeżdżonych, po starsze. Staram się, żeby cały czas nowe konie wchodziły do pracy. Trzeba inwestować, bo jeśli jeden koń na dziesięć okaże się w przyszłości koniem Grand Prix, to już jest to sukces. Mamy bardzo fajne 6-, 7- i 8-latki. Od trzech miesięcy pracuję z koniem Santos Hippica (Hippica Andiamo x Saragossa/Leandro). To bardzo dobry 6-letni koń, z którym wiążę nadzieje na przyszłość. W tym roku bardzo duży progres zrobiły szczególnie trzy konie 7-letnie: Inturido (Zambesi TN x Bailey/Verdi TN), Diarado’s Dream (Diarado’s Boy x Stakkara/Stakkatol), Quick Step (Quintender x Carmaniola/Calido I), a także 6-letnia Barcelona (Koblenz-W Van’t Merelsnest x Bowinnie Z/Balougran).

Jesteśmy teraz w Krzepielowie, gdzie znajduje się Pana ośrodek. Kiedy podjął Pan decyzję o tym, by przenieść się „na swoje”? Czy Krzepielów, ze względu na ziemię należącą do rodziny, był pierwszym i jedynym wyborem?

J.S.: W 2006 roku zakończyłem pracę na etacie jeźdźca w Rzeszowie i zacząłem pracę na własną rękę. Przeprowadziłem się z rodziną do Wrocławia i wynająłem boksy w stajni Absolut, a następnie w Small Cherry u Kuby Krzyżosiaka, gdzie przyjmowałem konie w trening. O stajni myślałem już od dłuższego czasu. Chciałem zrobić kolejny krok, a nie być ciągle u kogoś w pensjonacie. Oczywiście, taki układ miał swoje plusy – przyjeżdżałem do stajni, wsiadałem na konie i wracałem do domu. Teraz mam na głowie całe gospodarstwo. Trzeba dbać o wszystkich pracowników, zapewnić siano, słomę, dbać o podłoże, padoki i wiele innych. Stajnia to prawdziwy worek bez dna. Zawsze jest tu coś do zrobienia. Jeśli chodzi o samo miejsce, to wcześniej myśleliśmy o zakupie ziemi pod Wrocławiem, jednak nie znaleźliśmy tak dużej działki w dobrej cenie. W Krzepielowie się wychowałem, moi rodzice mieli ziemie, dlatego ostatecznie podjęliśmy decyzję, że będzie to dla nas najlepsze miejsce. W 2011 rozpoczęliśmy budowę. Obecnie mamy dwie stajnie połączone halą, dwa place – jeden kwarcowy, drugi trawiasty, karuzelę, bieżnię, solarium, duże trawiaste padoki. Dodatkowo, mamy w pobliżu piękne tereny, z których regularnie korzystają nasze konie. Cały czas staramy się inwestować w to miejsce. Mamy wiele pomysłów, które chcielibyśmy wkrótce zrealizować.

Czy własna stajnia, własny ośrodek jest dla zawodnika gwarantem niezależności? Czy uważa Pan, że w tym sporcie da się w ogóle być niezależnym?

J.S.: Uważam, że w każdym sporcie jest się zależnym od wielu czynników. W wyścigach F1 zawodnik jest zależny od samochodu, drużyny, układów i sponsorów. My jesteśmy zależni od właścicieli koni, sponsorów i od samych koni – ich zdrowia i kondycji. Własna stajnia daje mi jednak jakąś niezależność. Jeśli pracujemy u kogoś, to w każdej chwili możemy tę pracę stracić, może nawet ze względu na czyiś kaprys. Jak mówi znane przysłowie – łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Posiadając własną stajnie i całe gospodarstwo, mam ten komfort, że nawet gdyby coś mi się stało, gdybym miał kontuzję i nie mógł jeździć, to mam inne możliwości – mogę wynająć stajnię pod pensjonat lub rekreację, mogę prowadzić treningi. Zawsze będę mógł wykorzystać tę infrastrukturę, którą udało mi się wybudować przez ostatnie lata.

W poprzednim wywiadzie dla H&B, który miałam przyjemność przeprowadzać w 2017, roku podkreślał Pan jak ważna jest współpraca z jak największą liczbą właścicieli koni, by nie uzależniać się od jednej osoby czy jednej stajni hodowlanej. Jak to wygląda u Pana obecnie, jeśli chodzi o konie które są u Pana w treningu? Czy nadal współpracuje Pan ze Stajnią Sportową Dyrek, skąd był m.in. Crazy Quick, Inferno czy teraz Chacclana?

J.S.: Dalej jestem tego samego zdania i współpracuję z wieloma osobami. Mam też sporo własnych koni w różnym wieku, jest to ok. 30% całej stajni. Uważam, że praca z jednym właścicielem jest bardzo niebezpieczna. Niewiele wystarczy do tego, żeby zawodnik został na lodzie – czasem ktoś ma kryzys i musi sprzedać konie, czasem po prostu dochodzi do nieporozumień. Jeśli współpracujesz z wieloma osobami i stajniami ,to kiedy jeden z nich rezygnuje, Ty dalej możesz funkcjonować i robić swoje. Ze Stajnią Sportową Dyrek współpracuję już od 2006 roku i jest to bardzo owocna współpraca. Obecnie mam w treningu od nich trzy konie, łącznie z Chacclaną.

W zeszłym roku starty w zawodach rozpoczęli Pana synowie. Patryk i Filip biorą udział w konkursach P klasy. Czy czekał Pan na moment, kiedy synowie również pokochają konie?

J.S.: Mamy stajnię pod domem, warunki do nauki mieli zawsze, jednak nigdy ich do tego nie zmuszaliśmy, nie było żadnej presji. Chłopcy generalnie lubią sport. Grają w piłkę nożną, są też w drużynie piłki ręcznej. Zaczęli naukę na starszych, grzecznych koniach. Nie chciałem mieć w stajni kucyków, uważam, że to zupełnie inny sport, inna bajka. Mają po jednym koniu, na których sobie startują. Codziennie po szkole przychodzą pojeździć i traktują to raczej jako zabawę – odskocznię od szkoły i życia codziennego. Nie jestem ich trenerem, uważam, że taki układ z reguły źle się kończy. Staram się więc za bardzo nie ingerować. Głównie jeżdżą z Kasią i Witkiem Dudkiem. Ostatnio był u nich też Hubert Szaszkiewicz. Nie jest oczywiście tak, że omijam ich szerokim łukiem, też czasem przyjdę i im coś podpowiem. Wiadomo, jak to młodzi ludzie, zdarza się, że chcą robić wszystko po swojemu. Staram się im pokazywać, jak można niektóre rzeczy zrobić łatwiej. Bardzo ważne dla młodej osoby jest to, żeby obserwować, jak jeżdżą inni zawodnicy. Nie wiem, czy będą jeździć większe konkursy, czy spodoba im się to na tyle, żeby zajęli się tym zawodowo. Na razie niech się zajmują szkołą, bo mają dużo nauki. Co będzie dalej to, już ich decyzja.